Robiłam dziś zupę z soczewicy i różnych warzyw. I byłam cała tym gotowaniem. Bez pośpiechu, z przyjemnością. Z przyjemnością obierałam, kroiłam, mieszałam, przyprawiałam - przypominałam sobie skąd mam te zioła albo starte korzenie. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, mimo że nie jest to moja ulubiona zupa, ani nie gotwałam na specjalną okazję. Przez te kilka minut byłam.
Joga też dziś cudownie mnie z rana ożywiła, po prawie bezssennej nocy. Wcześniej moje ciało rano opierało się ćwiczeniom, napinało się. Obecnie samo się domaga, ja mu tylko towarzyszę.
Proszę Państwa, nic się nie dzieje. Siedzimy, nudzimy się, nic się nie dzieje. Pracy nie znajdujemy, bo i jej nie szukamy. Jogi praktykujemy mniej i mało, bo się pozbyliśmy magicznej karty. Czekamy na nowy rok. Z nowym rokiem, równym krokiem.
Pieczemy proszę Państwa za to. Wszystko pieczemy - chleby, chałki, bagietki, tarty z gruszkami(!) i jabłkami, pierniczki z witrażykami, francuskie, pizze. Pieczemy i czekamy, aż nam się upiecze.
Głównie leżymy i czekamy, aż przestaniemy brać tabletki, które ryją nam głowę, a są zupełnie na co innego. Czekamy, bo może się przyzwyczaimy, bo jeśli nie, to będziemy musieli ściągać siebie z dachów, klamek, mostów. Więc czekamy. Nic się nie dzieje.
Nadal nie robię nic, co przynosiłoby mi pieniądze. Staram się za to nie generować dodatkowych kosztów i w związku z tym odmówiłam sobie kilku kosmetyków, oczywiście kompletnie niepotrzebnych. W weekend natomiast nie odmówiłam sobie ubrań, chociaż po ostatnich porządkach uznałam, że nie kupuję więcej ciuchów póki nie znoszę lub nie pozbędę się tych, które już mam. I że trudno, że jak chcę trochę odmiany, to muszę się wykazać kreatywnością i poskładać coś z tego co jest w szafie. Złamałam się, ale przez ponad miesiąc nic sobie nie kupiłam. Szerze mówiąc mam też zasejwowaną listę do tych kosmetyków, ale czekam na lepszy układ planet. Tymczasem rozbijam się jogowo i towarzysko. I muszę powiedzieć, że to męczy. W sensie, wszystko elegancko, tylko się czuję jakbym tyrała w polu. Mam tak w planie do soboty, więc nie wiem kiedy odpocznę.
Jak byłam we Wrocławiu, to nawet taksówkarz pytał mnie co ja dalej będę robić. Powiedziałam, że czekam aż mnie natchnie. Nie zrozumiał. A mnie na razie nie natchnęło...
W Atenach zrobiłam bakasanę. Znalazłam klucz do tej asany wchodząc do niej ze stania na głowie. Dopiero to pozwoliło mi znaleźć dobre oparcie dla kolan. Wciąż mam wątpliwości czy ręce powinny być ugięte czy proste. Ale to duży krok dla moich balansów. W czwartek robiłam ją na zajęciach, ale nie mogę się tym długo zadowalać, bo mam już wyskakiwać z niej do kija. Seria ćwiczeń na otwieranie pachwin i bioder zakończyła się u mnie zakwasami, więc cieszę się, że dziś dzień święty. W nadchodzący długi weekend, chciałam pojechać na warsztaty jogowe, ale już dawno nie mają miejsc. Widać mam robić w tym czasie co innego.
znów przyszło mi podróżować PKP. nie mam nic do powiedzenia, kiedy na trasę 120 km, którą pociąg pokonuje planowo w 3 godziny, a rzeczywiście w ponad 3, podstawiane są wagony z plastikowymi siedzeniami. tłok był tak duży, że nawet trudno było się kręcić. to już nie na moje kości(ste d).
to chyba była pierwsza w historii naszej rodziny miła wyprawa na cmentarz. sama nie wiem jak to rozumieć. chyba wszyscy się starzejemy.
podróż powrotna była długa i niepozbawiona przygód. rozpoczęłyśmy ją po 22 - trasą Drapeno - lotnisko w Atenach. wizyta na stacji benzynowej - celem spożycia coca-coli - skończyła się prawie utratą kluczyków do auta. niewłaściwy zjazd z autostrady skutkował interesującymi rozmowami z ludźmi napotkanymi na ulicy o 2 w nocy. w końcu lotnisko i oczekiwanie na Dimitria, by odebrał wypożyczone auto. na bramkach prztrzepali mnie i moje manele - przy czym ukraińska baba na pewno nosi przy sobie mniej, niż ja w podróży. po bramkach okazało się, że strefy bezcłowej dalej nie ma, więc nawet nic nie zjadłyśmy. szybki lot do Budapesztu, potem szybka przesiadka i Okęcie. oczekiwanie na taxówkę i dalsza podróż koleją. gdzie w Warsie wpychali nam się do stolika podstarzali Duńczycy-mizogini, a potem podczas wielkiej trasy z początku pociągu na koniec - z wielkimi bagażami - napotkałyśmy protezę, która nie dawała nam przejść i księdza, który usilnie próbował zatorować nam drogę, sto razy chciały przycisnąć nas drzwi, aż wreszcie w spokoju wylądawałyśmy w przedziale dla matek z dziećmi. pociąg miał prawie godzinne opóźnienie, ale już nadaję prosto ze swojego łóżka, ale ledwo żyję. nie śpię już strasznie długo.
kroję na pół pomarańcze i wyciskam sok do małych szklaneczek. pijemy. potem jeszcze raz kroję i wyciskam. pijemy. czuję się jakbym przyjechała z kraju niedojrzałych owoców. w misce gęsty jogurt. granat. winogrona. nektarynka. i ciągłe niedowierzanie, że owoce mają tak intensywny smak. potem jedziemy na drugą stronę zatoki. dziś chłodniej. oglądamy po drodze kościół w skale i piramidę. wsępujemy do cukierni, gdzie słowo słodki ocieka miodem i cukrem pudrem. potem wjeżdżamy autem obejrzeć twierdzę. zagaduje mnie Grek z zimnymi dłońmi; w kurtce - okazuje się, że był w Kaliszu. popisuje się znajomością dni tygodnia i całowaniem w rękę. twierdza cieszy nas jak plac zabaw. zaglądamy - tam i tu. wchodzimy na górę, schodzimy w dół. ślizgamy się po kamiennych konstrukcjach. potem obiad. wstając od stołu pękamy w szwach. zachwycam się ziemniakami. jedziemy 30 km, by zobaczyć Epidavros, droga sprawia mi przyjemność, potem siedzę i obserwuję wycieczki turystów z Niemiec, Włoch, ze Stanów. wracamy. jutro znów zacznę dzień od pomarańczy.
no weź się i coś napisz. płyniesz. rano szybki prysznic. jogurt z miodem. samochodem na targ. od kolorów, krzyków i zapachów kręci się w głowie. decyzje trzeba podejmować szybko. tylko wtedy to ma jakiś sens. ciężkie siatki. frape w kawiarni tuż przy. powrót. plaża. obiad na tarasie i sjesta. pieczone kasztany. i problem. żeby ułożyć zdanie. płyniesz.
zażeramy się. tu jedzenie jest prawdziwe. jogurt od miejscowych, feta, warzywa, oliwa, wino, oregano, czosnek, owoce. nie jestem skora do zachwytów, ale naprawdę to smakuje. dziś dzień w Nafplio, potem plaża przed domkiem. nicnierobienie, a zmęczenie jakby się przerzuciło tonę węgla. pogubione dni tygodnia. strajki i morze. migdałowe ciastka - myśl, że można być szczęśliwym.
nie pozwólcie nam marzyć, bo nie damy wam spać - Atena czytała mi napisy na budynkach, kiedy wracałyśmy do wynajmowanego mieszkania w Exarchia - anarchistycznej dzielnicy Aten. Na każdym rogu policjanci, niczym antyczne posągi. Nie bałam się, bo w sumie nie wiedziałam czego powinnam się bać. Zjadłyśmy parę razy na Place, robiłyśmy podwójne podejście do Akropolu, strajki, strajki. Jutro podobno w ogóle nic nie ma się dziać, ale nas już tam nie ma.
Po kilku próbach, udało nam się bardzo korzystnie wynająć samochód, co nie było łatwe, bo żadna z nas nie ma wypukłej karty. Auto na tydzień 160 euro, 200 euro kaucja, a za 10 euro extra podstawili nam samochód pod mieszkanie i pan był łaskaw podwieźć nas na obrzeża Aten. Stamtąd droga była już łatwa, na moje szczęście. Krótki przystanek na przesmyku korynckim, na stacji benzynowej i po 2 godzinach jazdy dotarłyśmy do Drepano.
myślałam, że raj jest w Agondzie, ale znalazłam rezerwowy - jest szansa, że pokocham Grecję
jak nie ma mnie tu, to znaczy, że jestem zupełnie gdzie indziej. do Aten mnie zaniosło. trudno uwierzyć, ale za oknem deszcz i pada. więc siedzę w mieszkaniu, w dzielnicy anarchistów. muzyka gra. herbata anyżkowa.
od dwóch miesięcy już nie pracuję i tak myślę: co by tu dalej. oczywiście wiatr w oczy i zawsze pod górę, ale udaję, że nie widzę. czy coś takiego jak swoje miejsce istnieje? bo szukam, a może zupełnie niepotrzebnie.
lepiej mi, ogólnie mi lepiej.
100 razy się logowałam, żeby napisać, ale zawsze mnie coś rozpraszało. Teraz też tak było i wracam do tej notki po paru godzinach. Odliczam dni w robocie, jeszcze 3! Jak to pięknie brzmi. Trzy! Do jakiejś szkoły chcę się wybrać, ale czy ja się nadaje jeszcze na egzaminy. Powątpiewam. To nic. Jakoś się załatwi.
O to to to. Taki długi weekend to ja lubię i jeszcze bez poniedziałku się obyło. Odliczam dni do końca tej niewolniczej umowy. A potem wolność i gonienie za wiatrem. Mam nadzieję, że zdażę trochę polatać zanim dopadnie mnie depresja bezrobocia. Jak przyjdzie wcześniej, to dam jej w pysk. Chciałabym napisać, że robię coś ciekawego, ale nie robię. Coś tam poskrobię, coś tam przeczytam, ale bez szaleństw.
ludzi, którym się coś chce.
Mi się przeważnie nie chce nic. Np. dziś nie chciało mi się wstać, iść do pracy, pracować, na jogę też nie chce mi się iść. Dlatego naprawdę z podziwem patrzę na ludzi, którym się chce tyle rzeczy i im zazdroszczę i chcę żeby mi się też chciało chcieć. Ciekawe czy brak chcenia, to cecha wrodzona?
Zaczął się ostatni miesiąc mojej roboty. Siedzę tu już siłą woli. Koleżanka napisała mi, że moja decyzja o rzuceniu tej posady jest przejawem niedostosowania, lenistwa i braku ambicji. No cóż, nikt nie jest doskonały. Ja myślę, że robię to dużo za późno! Teraz jeszcze sezon urlopowy, więc muszę podejmować decyzje w sprawach, o których nie mam pojęcia. Ooo już słyszę, że następne sytuacje mnie czekają.
Jestem już po dwóch długich urlopach w tym roku, ale w ogóle tego nie czuję. Skutkiem pierwszego urlopu (Indie), była decyzja o rzuceniu roboty, co uczynię w sierpniu. Na skutki urlopu w Borach, czekam. W Borach pierwszy raz od nie wiem kiedy zmoblilizowałam się do codziennej, samodzielnej praktyki. Nauczyłam się wchodzić do stania na głowie z prostymi nogami, co myślałam, nigdy się nie wydarzy. Alternatywnej roboty nie mam, chęci i pomysłu również. Może to musi być jakoś podzielone, bo Husband odnosi sukcesy życiowe na niwie zawodowej. W ogóle, to dokładnie nie wiem co piszę, bo śpię, ale mam nadzieję, że bez większych świństw się obyło. Nadzieja, cóż za ładunek emocjonalny!
mówiłeś jej o mnie
jak o długiej zimie
skrywając poparzone dłonie
w dziwnej koszuli
zapinanej z tyłu
jestem pokojem
bez klamek
i okien
na tym poprzestaniemy
bo nie chcę odchodzić dalej
od domu
gdzie poduszki zawsze leżą
w tym samym
miejscu i budzik zawsze dzwoni
o tej samej porze
pamiętaj jutro ty pójdziesz w lewo
a ja pójdę w prawo
przysięgliśmy już bogu i sobie
że nikt nie zawróci
bo przecież nie ma po co
umówmy się
nie żyjemy
by popadać w obłęd
umówmy się
my nie żyjemy
dom
na skraju
załamania nerwowego
precyzyjnie wykonane
cięciosłowa
a przecież ja nieoszronionymi
ustami mówiłam do ciebie
i dotykałam dłonią
bez rękawiczki
gryziesz na oślep
kiedy czulej
ciebie miewam
starannie sprawdzasz
ile igieł zmieści się
pod moim paznokciem
nikt mnie jeszcze
nie pieścił
tak namiętnie
erotyk
wtedy jest
kiedy usypać muszę
falochron
z betonowych
gwiazdobloków
a święci na obrazkach
z rumieńcami
zakrywają rękawami oczy
stąd nie można zawrócić
i nie można pójść dalej
stąd nie widać już wczoraj
nie ma czasu na jutro
stąd nie dzwoni telefon
stąd nie padają słowa
stąd to jest rozgrzebana pościel
i ja pogrzebana
pod twoją poduszką
o to
to ja cię nie prosiłam
w żadnym razie
o to
nie modlą się dziewczynki
przy pierwszej komunii
nie walczą chłopcy
świetlnymi mieczami
jedi
to
to jest o jeden raz za dużo
o jeden most za daleko
zbliżające się bezrobocie
ściska mnie libidalnie
tuż pod pasem
na granicy urzędowej
dobrze źle
zaraz obok
być czy nie być
a tobie się zbiera
na żarty i na miłość
naciągasz jak hibiskusowa
herbata z dwóch torebek
tobie świat się skurczył
do kilku punktów
na moim ciele
wiesz że są frykcyjne ruchy
i bezrobocie też
wchodzisz między nas milczeniem
podczas niedzielnego śniadania
pęka skorupka jajka
rozciera się dżem
zadziera sukienka
i nic tam nie ma
poza okruchami
francuskich tostów
dziś znów ktoś będzie głodny
przecież przestaniesz istnieć
skończysz się w koniuszkach
moich znaczeń domyślnych
zmyję cię
z włosów sutków szczeliny ust
nie poznam cię w tłumie
nie znajdę w szufladzie z majtkami
ta chwila na nas czeka
spieszę się do niej powoli
jest prześwit
pomiędzy twoimi udami
gdzie mięśnie
skręcają się do wewnątrz
niby nic
a widać wtedy kawałek świata
zanim znowu
położysz się na brzuchu
pod twoimi palcami
moje myśli tracą zasięg
przepraszamy
wybrany numer nie odpowiada
za siebie
taoiści mówią o tym
mała śmierć
ja czuję że to
zmartwychwstanie