Jestem już ekspertem od wielkopolskiego rynku nieruchomości, ale mimo wszystko rynek ten wciąż mnie zadziwia. Pomijam oczywiście ceny jakie ludzie potrafią żądać za swoje M, pomijam gustowne wystroje M, bo sama jestem posiadaczką przemilczę czego, ale to, co potrafią wyczyniać pośrednicy, do których nie wiem czemu, pałam wrodzoną niechęcią, to już jest jakiś temat (tematem jest również wrodzona niechęć Husbanda do zmiany adresu, ale nie będę tu rozpisywać na role rodzinnej sagi). Umówiliśmy się z Husbandem w piątek oglądać całkiem przyjemne M, które pani Mariolka, nazwała dumnie studiem. Pani Mariolka oczywiście nie omieszkała się spóźnić, taki studencki kwadrans, i wyglądać jak szczuplejsza Doda, na wyższych obcasach, za 20 lat. Kiedy wchodziła na górę, po schodach ciągnął się za nią kożuch z nutrii, bądź innego ekologicznego zwierza, jej twarz zdradzała posiadanie solarium zamiast sypialni, a głos skowronka i żwawe ruchy mogły zmęczyć każdego, a już na pewno mnie zmarzniętą na sopel. Mieszkanie było owszem, ładne, ale nie przekonały mnie wizje pani Mariolki, że tu można coś zwęzić, a tu poszerzyć, a tu przerobić. Nie, nie. Nie ze mną takie numery. A wczoraj na ten przykład, znów oglądaliśmy mieszakanie. Tym razem bez tych hien z fantazją, znaczy się bezpośrdnio. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Husband nie chce mieszkać w sklepie! To ci Husband. Mieszkanie przerobione było z lokalu usługowego i nie dało sie tego ukryć. Szkoda, że nie wspomnieli o tym w ogłoszeniu, oszczędzilibyśmy drogi. Ale stracilibyśmy radość z fantazjowania, jak śpimy na zapleczu w skrzynkach od pomidorów.
Dziś kolejne starcie z Mariolką.
Nie spałam wczoraj chyba do trzeciej. Pławiłam się w myślach o mieszkaniu marzeń, które znalazłam w gratce. Pławiłam się bo wiedziałam, że rano, po telefonie do pośrednika, czar pryśnie. I tak też się stało. Sprzedane. Ale jest coś pocieszającego w tej historii. Mieszkanie marzeń w ogóle istnieje!.. Bo w sumie jak punktuję swoje oczekiwania, to mi wychodzi, że takie rzeczy to tylko w Erze.
Nie wiem jak to jest, ale niedawno postarzałam się o rok, jestem wymęczona tym choróbskiem i jak to mówią życzliwi zmizerniałam, żeby nie powiedzieć bida z nędzą. I właśnie teraz, jak lawina, spadają na mnie propozycje łóżkowej ekwilibrystyki. Husband nie jest zachwycony, a ja też wolałabym być postrzegana w innych kategoriach.
Gdzie się podział weekend? i czyżby kolejny niekończący się tydzień pracy przed nami? Ale, ale... Po pierwsze od dawno dawna mogę się dziś pochwalić względnm zdrowiem. Uprzedzam, że porzuciłam tych znachorów z prywatnych klinik i intensywnie wspieram farmakologię domowymi sposobami. Nie będę się tu rozpisywać o szczegółach... Nakważniejsze, że są efekty. A po drugie, jestem ostatnio nawet zadowolona z mojej pracy. Żebym tylko nie musiała odwoływać tego jutro.
W piątek Husband usunął sobie dwa zęby mądrości. Obserwuję go zatem bacznie. A przy okazji odkochałam się w lekarzu od zębów, niejakim Dżamalu. Otóż, po ekstrakcji Husbandowych zębów, zalecił jak niżej: 2 godziny nic nie pić, dziś już nic nie jeść, nie uprawiać seksu przez dwa miesiące. No ja się nie spodziewałam, po nim takich rubaszności.
Moje życie w większej części polega głównie na snuciu planów. Z tym, że każde wielogodzinne snucie, kończy się w punkcie wyjścia. Kompletna strata czasu.
Oświadczenie, że będę żyć było z lekka przedwczesne. Przeorali mnie jeszcze kilkoma antybiotykami, L4, groźbą operacji, ale nadal żyję. Ale co to za życie?
Pozbyłam się bagażu szkolenia, jednak nie będę się tak męczyć, zwłaszcza z tak lichym zdrowiem. Teraz się tak zastanawiam co tu dalej z sobą robić, no ale najpierw na nogi muszę stanąć po tym choróbsku.
Święty uraczył nas maszyną do pieczenia chleba. I ja się w niej po prostu zakochałam. Wkłada się do niej składniki i po 3 godzinach wyciąga się chleb. Wow. W ten sam sposób można piec ciasta. Robić konfitury. No szok po prostu.
Szkoda tylko, że nie ma takiej maszyny, że wkładasz ziemniaki, jajko, bułkę tartą, schab i główkę kapsuty. A wyciągasz schabowego z ziemniaczkami i kapustką. To by dopiero było!
Ja się pytam, kto mi pozazdrościł Rabki? Miało być tak pięknie. Święty nawet przyniósł mi narciarski komplecik. Nawet sobie pomyślałam, że przed świętami tak ostrzegali, żeby sie z nikim nie całować... I co? I w dniu wyjazdu osiągnęłam max 39.1. Dwa dni po mnie zaczął chorować mój Husband, dzień przede mną szwagier, nie omineło też przyszłej żony szwagra, teścia i teściowej. Dziś, choć niepewnie, mogę powiedzieć, że będę żyć. Ale jak nic, to była prosięca grypa.
skomentuj (0)
Oj, żeby nawet w taki urlop nic nie pisać... Ojżeby. Na swą obronę ma jedynie kolejny, gigant kryzys zawodowy, który uśmierza grając. Grając w to i tamto, we dnie i w nocy. To tyle.
A Wam? Wam tego, co dobre, co nowe i nieznane. Co powoduje uśmiech, czy łzę wzruszenia. Tego, o czym się marzy.
Pozdrawiam choinkowo!
S.
Impreza firmowa jak to impreza u gicków. Dla mnie kompletna abstrakcja.
Nie mogę się pochwalić jak inne żony programowaniem w V-czymś tam. Ba,
nie umiem nawet zaprogramować pralki, a ledwo co udaje mi się
zaprogramować Husbanda, choćby na noszenie czapki.
Na urlopie, jak to na urlopie, trzeba wydać trochę kaski i zaliczyć
jakiś romansik. Poszłam więc dalej do dentysty. Ze strachu tak mi
walilło serce i wydzieliło mi sie tyle różnych hormonów, że spokojnie
mogę uznać, że się chemicznie zakochałam. Rachunek za 2 zęby też był na
poziomie... mojej pensji, więc doprawdy, nie narzekam. A jeszcze jak
doktor Dż uznał moje zęby za ładne, no to naprawdę dzień udany. To nic,
że mam sparaliżowane pół twarzy. To nic, że nie mogłam zapłcaić za
usługę, bo założyłam sobie przecież rozsądny limit transakcji na
karcie. To nic, że babsko, które siedzi w rejestracji i nawet nie umie
wypisać faktury, wyżywało się na mnie za tę kartę, mimo że doktor Dż
mówił, że spokojnie mogę iść do domu, a wszystko ureguluje Husband w
czwartek, kiedy Dż będzie mu wstawiał koronki. To nic. Na urlopie
trzeba mieć dobry humor i koniec.
PS. Zaprogramowałam dziś Husbanda na oglądanie mieszkania. Nie, nie naszego. Takiego do kupna. HyHy
Dziś zaczął się mój długi urlop. Dziś idziemy na kolację z firmą Husbanda. Dziś myślę, że nie będę dalej się szkolić. Dziś najbardziej chcę kupić mieszkanie.
We will see.
Jeżeli jest pierwszy weekend miesiąca, to jestem w szkole. Jak zwykle zachwycona i uradowana tym faktem. Ogólnie, to po dzisiejszym dniu, to stwierdzam, że ja nie mam i nie miałam żadnych poważnych problemów i wszystko, co mi się problemami wydawało jest fochem rozpieszczonej księżniczki - tak, tak, mówią na mnie księżniczka. No nic. Wprawdzie jestem trochę chora, zapewne somatyzuję zbliżający się urlop, ale spokojnie, przeżyję i zacznę cieszyć się swoim żywotem.
Dziś miałam dziwny sen. Urodziłam dziecko, takie spokojne, tak bym powiedziała zaspokojone, nie płakało. uśmiechało się. Tata z mamą wieźli mnie samochodem a mi się przypomniało że nie wzięłam laptopa (o zgrozo!) i tata powiedział, że po niego pójdzie i zaczął iść i kulał i łapał się za plecy, widziałam że bardzo cierpi, że jest zmęczony. Wysiadłyśmy z mamą z auta i szłyśmy za nim. On się co jakiś czas zatrzymywał i odwracał, ale nie mogłyśmy go dogonić. Zaczęłam płakać i zapytałam mamę czy mogę tacie jakoś ulżyć, mama zaczęła mi tłumaczyć, że nie mogę. Więc zaczęłam płakać jeszcze bardziej no i się obudziłam. Godzinę przed budzikiem. Już nie zasnęłam.
skomentuj (3)
Znaleźliśmy z Husbandem nowy sposób na spędzanie czasu i trwonienie grosza... Otóż piątkowy wieczór można na przykład spędzić u dentysty i zostawić tam 2/3 pensji z budżetówki. A jak się znajdzie dobrego dentystę, tak jak my, to można tam siedzieć od 20 do 24 i umówić się na następne spotkanie, ba, wiele następnych spotkań. Z pomocą nadciąga jednak korpo Husbanda - firma ubezpieczeniowa pokryje połowę tej przyjemności. We love U Korpo!
Ratunku! Komu się ten tydzień dłuży niech pociągnie się za ucho. Tak długiego tygodnia to ja już dawno nie pamiętam. Nie ratuje mnie nawet myśl, że jutro piątek. Wszystko dlatego, że już czekam na dłuuuugi urlop. Nie będzie mnie w robocie dobre 3 tygodnie. To już chyba mi się w ogóle wyłączy tryb praca. Bez chałtur i etetu zapomnę chyba po co żyję. O dziwo, mamy już plany z Husbandem. Oczywiście tydzień z jogą, który mam nadzieję, zakończy się moją stałą obecnością na sali. Mamy też, to już naprawdę szok, gotowe plany letnie. I to nie tylko tak że plany. Wszystko już zarezerwowane i zakupione i za granicą, no i bez jogi. Także jest za czym czekać.
Ile ja się najeździłam na te chałtury... Ale już koniec. Koniec z fajerwerkami, bo na ostatniej, kiedy w zasadzie chciałam już bryknąć do domu rozpoznając u siebie wszystkie objawy świńskiej grypy, tadam tadam, zjawiła się kontrola. Prawie mi kozaczki spadły. No już mogli sobie darować, doprawdy. Byłam uroczo bezczelna, więc szybko odfrunęli. Droga powrotna (60km) sprawiła mi prawdziwą przyjemność. Muzyczka, trasa i ja.
Ku ogólnemu zaskoczeniu, spędziliśmy z Husbandem rozrywkowy weekend. Było kino i klub ze znajomymi i nawet bilard był i tańce. No i chociaż już nie wiem kiedy ostatnio pląsałam, okazało się, że pewnych rzeczy się nie zapomina. Kilka chwil na parkiecie i musiałam świecić obrączką, bo nie wiem, co by powiedział Husband, gdyby jakiś młodzian chciał się zabrać z nami do domu.
skomentuj (3)
No, co edukuję się nadal i jakby na chwilę ucichła moja ambiwalencja, czy aby na pewno chcę to dalej, przez kolejne trzy lata, ciągnąć. Mam nadzieję, że ambiwalencja nie ucichła, aby z podwójną siłą przyatakować w grudniu, bo takiego ataku, to na pewno nie przetrzymam. Chałtury, na Boga, wreszcie się kończą. Zostały mi tylko dwa wyjazdy. Przysiągam sobie za nic więcej się na razie nie brać. Ale czy wytrwam w tym postanowieniu?
Z nowości, zrobiłam mały rekonesans mieszkaniowy w okolicy, żeby może się gdzieś przeprowadzić i urządzić. Niestety rekonesans bezowocny. Jeśli coś blisko, to w głupiej cenie, jeśli dalej i ze stawem, to dojazd dramatyczny, a jeśli w cenie, to jakaś kiszka. Także na razie siedzimy.
No więc byliśmy na K. Ja i Tuś. M. się Tuśka przestraszył, zaskoczył, czy co go tam wie. Wejść mógł mu śmiało pod pachę lub przebiec między nogami. M. pokazał pokój, maleńki, taki pokoiczek, zielono pomalowany, na półkach szklanki, szklaneczki, filiżanki. Impreza była u J., bez R. R. na swoim skórzanym fotelu siedział. Siedział i łypał. Siedział po ciemku i tylko odblask telewizora zdradzał, że tam w ogóle jest, na tym fotelu. Na stole u J. ciasta. Ciasta, talerze i szklanki. J. częstował zieloną herbatą. Liściastą. J. pokazywał też zdjęcia. Zdjęcia sobotnie. Byłam na nich i ja. Przybyły gromadnie panie. Zaczęły się śpiewy. M. rozdał śpiewniki. Tuś nerwowo się kręcił. Obiecałam mu wyjście tak, by zdążył na konferencję. Telekonferencję z Ameryką. Więc się kręcił, bo zbliżał się czas. Kręcił się też może, bo nie lubi śpiewów. Takich śpiewów. 2 minuty po umówionym z Tusiem czasie, przerwałam śpiewy. Przerwałam i pożegnałam nas. Potem biegliśmy do auta, ja Tuś i rajdowym tempem wróciliśmy do domu. Mi została, nieprzyjemna o tej porze, procedura ustawienia gdzieś auta. Gdzieś gdzie nie zostawi mi za wycieraczką pozdrowień straż, ani mieszkaniec posesji, ani w ogóle nikt. Udało się, po bez mała, 20 minutach. Tuś już dawno konferował.
Kiedy wreszcie nadszedł wolny weekend, taki bez Warszawy, taki po większości chałtur, taki po jednym z gorszych tygodni, taki wyczekany i zaplanowany na same przyjemności, wtedy, o wtedy, jak to zwykle bywa, wszystko wzięło w łeb. Jedyne co, to wyspać mi się udało, bo z przeziębieniem w łóżku, to w zasadzie tylko to pozostaje. No cóż, przed nami kolejny roboczy tydzień.
skomentuj (0)
Chyba raczej going crazy... Chałturzę już prawie codziennie. Więc wybwam z chaty o 8:30 i wracam lekko biorąc o 22, robiąc przy tym plus/minus 150 km. W robocie, nie wiem jakim cudem, nic nie robię, a wciąż nie mam czasu. Dziś na przykład wprosili mi się do gabinetu na napoje gorące, tj. kawkę i herbatkę i siedzieli, aż ich po prostu musiałam wypędzić. Jeśli dodać do tego sympozjum w sobotę, apliakcję na kolejną chałturę oraz guitar hero i własny biznes, to już naprawdę dni moje są policzone.
Na wyjeżdzie miałam ochotę z milion razy zbojkotować to szkolenie i wrócić do domu, ale w niedzielę tuż przy końcu wszystko mi przeszło. Wczoraj za to wybrałam się na międzynarodowe sympozjum naukowe. Dobrze, że się w miarę ubrałam, bo prawie rozwinęli czerwony dywan, a materiały promocyjno-szkoleniowe mnie rozczuliły, doprawdy. mogłabym się w takim życiu rozsmakować. Dzień zakończyłam chałturą, całkiem udaną. W ogóle, udany to był dzień.
Toczę się już Ex do stolicy, minkę mam szczęśliwą, a myśli jeszcze bardziej... Zdążyłam już z jakimś babskiem odbyć dyskusję na temat miejsc na bagaże. Pancia wchodzi i musi mieć miejsce na torebusie, już zaraz, teraz. Natychmiast. Upatrzyła sobie oczywiście czyj bagaż? no pewnie że mój i stwierdziła, że swój niewielki plecaczek mogę przecież trzymać spokojnie na kolanach, a ona się wygodnie rozsiądzie, hrabinia. Źle trafiła, oj źle. Okazałam się nieuczynna i nieustępliwa. Na pomoc panci ruszył przystojniaczek spod okna. A teraz pancia siedzi i łypie na mnie jak bazyliszek. A przystojniacze? Cóż, jestem mężatką i pewne przyjemności już nie dla mnie. NIe dla mnie sznury samochodów jak mówi moja babcia.
Dużo w interes włożyłam, ale widać jeszcze nie czas. Za to przygotowanie praktyczne mam już doskonałe. Rysują się również mgliście nowe perspektywy, ale o tym zacznę myśleć po weekendzie, weekendzie strasznym, bo już szkolnym. A tak cudownie było się lenić. I chałtura też się zaczyna znowu. Roboty po pachy.
Co ja już pomyślę, że się wszystko prostuje, to się znów marszczyć zaczyna. Biznes wisi w sumie na włosku i chyba nawet mi ulży jak się urwie. Tyle jest jakichś niejasności wokół lokalu, że nie wiem czy da radę to jakoś rozświetlić. Ale z sierpnia mam jeden morał na całe życie. Pisemna umowa to podstawa. Dosłownie wszystkiego. Bo dla ludzi z dwóch się robi jedno, a z miesiąca tygodni trzy. Ale szkoda mi na to nerwów i w sumie szkoda notki. Moglam rozpisać się o falaflach, które w prapremierze udały się znakomicie. Może otworzę bar?
ucz, coś tam, coś tam, klucz! Idzie wrzesień. a jak wrzesień to i szkoła. Szkoły nie znosiłam już od podstawówki, a ścicślej mówiąc od zerówki. Nie cierpię zeszytów, uczniów, belfrów i tych całych sytuacji szkolnych. I co? No, wciąż się edukuję. Już tak chyba z rozpędu. I zawsze sobie powtarzam, że to już ostatni raz. A końca? Oczywiście, nie widać. Na razie przyjęłam program 24 godzinny. Otóż postanowiłam zaliczyć kurs wstępny, czyli jeszcze 4 zjazdy i potem się zastanowić co dalej. Bo jak zaczynam myśleć globalnie, to nawet mi wyobraźni na to nie starcza. Aha, no i chciałam zgłosić zaginięcie. Husband przepadł na randce z firmą, to się chyba nazywa spotkanie integracyjne, czy coś tam, coś tam, kac.
Nieubłaganie naszedł poniedziałek. I wtedy jakby wszystko zmienia swoje znaczenie. Innego znaczenia nabiera miniony wyjazd, innego nadchodzący tydzień, innego obiad w dzień roboczy, a innego rzeczy już zjedzone i oł... wypite. No i tak sobie do tej pracy jadę. Tradycyjnie wysadzam Husbanda pod jego firmowym rajem. I jadę dalej. Wjeżdżam na te swoje dróżki już na miasta obrzeżach i taki niepokój coś mnie ogarnie - myślę sobie - może Policja czai się za krzaczkiem, a może to jednak coś innego.
Ostatnia jak to się mówi prosta, jest w tym wypadku bardzo kręta i do tego wąska. Marnej klasy asfalt, wije się jak wstążka, a zaraz zanim, bez skrawka pobocza, zaczynają się pola, w górę pną się drzewa. Wygląda to co najmniej malowniczo. Malowniczo, jeśli nie wciskasz za mocno gazu. Malowniczo, jeśli wiesz, że po nocnym deszczu droga jest śliska. Malowniczo, jeśli nie wyprzedzasz dwóch aut naraz, na ostanim zakręcie. I znaczenie ma tu słowo - ostatnim. I owinął się autem, tuż przede mną, wokół drzewa, na swym ostatnim zakręcie. Z drzewem stali się jednym. Ze mnie wyrwał się szloch.
Wiem, wiem, że wakacje się skońćzyły, że urlop już był, wiem, wiem. Ale wybieramy sie z Husbandem do Berlina na kilka dni. Nie za długo, nie za krótko. lecz w sam raz.
Husband od poniedziałku uczęszcza do nowej pracy. Dostal laptopa, stację dokującą, monitory, myszki, klawiatury i to zaraz pierwszego dnia! Wszędzie porusza się za pomocą karty na takim wysięgniku. A kuchnie to mają większą niż nasze mieszkanie, a w niej herbatki (nawet jest zielona), kawki, mikrofale, 2 razy w tygodniu mają być firmowe lancze. A jak się coś w kuchni kończy, to trzeba zrobić klika na komputerze i wtedy pani w podskokach uzupełnia braki. I wiele, wiele, wiele innych, takich hedonistyczno-snobistycznych praktyk . I ja się tak zastanawiam, gdzie ja pracuję i co ja właściwie robię? Zachciało mi się być społecznicą!
Wypróbowałam nowy materac w morskiej pianie. Wypiłam czekoladę z Warszawą na sopockim dreptaku i zakupilam indyjskie przyprawy na jarmarku. Zdjęć pełno. I wrażeń też.
skomentuj (0)
Z mojej aplikcacji wyszła bania, bo się za późno obudziłam. Jakoś nie płaczę, bo sama nie wiem czy chcę robotę zmieniać czy nie chcę, los zdecydował za mnie, na razie siedzę. Na urlop mi się chce wprawdzie, mimo że już byłam, ale pojechałabym sobie tu czy tam. Może skoczymy gdzieś w weekend, a może wcale nie. Nie mam pomysłu na obiad, więc chyba zrbię ulubiony, ze względu na czas przygotowania, inwencję i włożony trud, obiad mojej mamy - sadzone z ziemniaczkami. Za to na deser sie postaram - koktajl z malin i lodów z kawałkami białej czekolady. Po protu pycha!
W weekend odbyło się wieloosobowe i wielogodzinne sprzatanie lokalu pod biznes. Nie obyło się bez malowania wszystkiego i naprawdę wielkich zmian estetycznych. Szukałam oświetlenia na pchlim targu. Teraz jeszcze meble przewieźć i można zaczynać. W sumie to już mi się śniło, że zaczęłam, ale przyjemne to nie było. Ogólnie to szafa gra, bo w niej wczoraj posprzątałam i dołożyłam kilka nowych, zakupionych, co dopiero, fatałaszków.
skomentuj (0)